Nie chce ściąć,
Nie chce ściąć, choć przez nie gniją wam na polu kartofle. Będziecie mieli z nich opału na parę lat albo budulca na nową stajnię i stodoły. — Maciej w odpowiedzi przytakiwał i przypijał do tego dworskiego od-szczepieńca. Wiedział, co o nim myśleć. Ani chybi mścił się za to, że nie miał nic z majątku, choć był wnukiem brata dziedzica. Wojna zagnała go do domu krewnych, gdzie uczył młodszych Bucynia-ków. Ale głowę miał mocną. Wypił już trzy szklanki bimbru, rozgadał się o polityce, jednak nie powiedział nic takiego, żeby go można było przyłapać: „Robisz, bratku, to a to, skupujesz broń, jesteś konspirator\". Nawet mitygował Piotra, który upił się i bełkotał coś o karabinie maszynowym. Staszak patrzał swoimi zielonymi ślepiami jak zły kot. Wódka na niego nie działała. Przysunął się z krzesłem do Leszka i coś mu szeptał do ucha, patrząc jednocześnie na Macieja. Maciej odwzajemniał się jednakowo obojętnym spojrzeniem, ale zarazem nastawiał uszu, żeby pochwycić coś niecoś z ich tajemnic. Zrozumiał tylko, że mówią o bogatym młynarzu z Jelenia, którego ludzie nazywali Ukraińcem. Leszek kiwał głową, ale zrobił się czerwony na twarzy i jakiś nieswój. Zdolnyś do wszystkiego, ale najwięcej do złodziejstwa — pomyślał Maciej o Staszaku. Przypomniał sobie, ile to razy spotykali się na pańskim. Nikt z chłopów nie wyniósł tyle snopków, nie nakopał tyle dworskich kartofli, co Staszak. Polowi unikali go, choć nie był wcale skory do bitki i miał zwyczaj grzecznie ustępować z drogi. Aż dziw brał, dlaczego chłopi tak się bali człowieka, który nigdy nie pokazywał swojej siły. Nie wiadomo skąd, od pierwszego dnia, kiedy sprowadził się do żony i zamieszkał na uboczu wsi, wszyscy przyjęli prawo, że nie należy ubliżać mu po trzeźwemu ani po kielichu. Maciej sam, chociaż go lubił i nie był znowu taki lękliwy, tracił czasem rezon pod złym spojrzeniem zielonych oczu. Wstał z ławki i dolał wody do kotła. Ciśnienie w aparacie opadło. Wziął kwartę, podstawił pod rurkę i odkręcił kurek. Spirytus był jeszcze za mocny. Maciej skrzywił się, resztę z dna kubka wychlusnął na podłogę. Wtedy usłyszał turkot wozu na kamieniach. Potem trzask w bramie, szyby zabrzęczały w oknach, huk na podwórku i już zapada cisza przerywana nerwowym parskaniem konia. Maciej wrócił do izby i narzucił kożuch na plecy. W sionce owiał go przejmujący ziąb, a wilgoć przylgnęła pod bielizną do jego suchego ciała. Zaszczekał głośno zębami z tego chłodu, a trochę ze złości na syna, który marnuje kobyłę po nocy. W białej mgle, tak gęstej przy ziemi, że się ją czuło na gołych stopach, kłęby pary dymiły z konia, a Piotr siedział na wozie, zwiesiwszy głowę na piersi. Spał. Schlał się jak świnia — pomyślał Maciej ze zło- ścią. Zaszedł go od tyłu i trzasnął z rozmachem w kark. Ciężko, niczym wór żyta, Piotr zwalił się na twarz. Dźwigając go Maciej poczuł na dłoniach lepkie ciepło. Szybko wyciągnął ręce. Farba! — stęknął i przestraszył się. Budząc żonę był już zupełnie spokojny. Wstawaj, Piotra nam zabili. Przed gankiem już siedział Bucyna. Właśnie ziewał wystawiwszy twarz do słońca. Leszek chciał się cofnąć, ale tamten zadudnił z głębi brzucha: Jarka nie widać? Na podwórzu nie widziałem. Dzień dobry panu. — Śniadania jeszcze nie ma. Dzień dobry. Powinieneś się trochę opalić. Leszek usiadł na rozgrzanym betonie. Nie cierpiał rozmów na temat swego mizernego wyglądu. Bucyna siedział jak zwykle w trzcinowym fotelu rozstawiwszy szeroko atletyczne uda. Przymknął oczy. Zdawał się drzemać. Tylko grube palce nóg w pielgrzymich sandałach poruszały się powoli, rozważnie i do rytmu jakimś myślom. Ręka, obrośnięta czarnym włosem, zwisała bezwładnie. Jego brzuch podstarzałego
Poprzedni - Majstrowania takich rzeczy.Następny - Zapaśnika i tors